Nie wystarczy się tu i ówdzie wydepilować. Ani założyć seksowną bieliznę. Lub też zaopatrzyć w gadżety rodem z „pokoju zabaw” Christiana Graya. Okazuje się, że przed nowo poślubionymi stoi szereg przeszkód, które skutecznie mogą utrudnić skonsumowanie związku. A jeśli już mowa o konsumowaniu, to właśnie ono jest jedną z istotniejszych przeszkód na drodze na szczyt rozkoszy. Mimo iż pan młody ma większą ochotę na pannę młodą, niż na tort śmietankowy tort, musi najpierw zjeść jego kawałek. Potem jeszcze kilka innych rodzajów ciast. Między jednym a drugim roladę wołową, sałatkę ziemniaczaną, śledzika (żeby zagryźć wódkę weselną) i ozorki w galaretce. Nic dziwnego, że mimo iż jego wybranka wygląda apetyczniej, niż te wszystkie smakołyki, ostatecznie ten obliże się ze smakiem na myśl o jej schrupaniu. Organizm zwyczajnie ugnie się pod ciężarem weselnej uczty. I zapadnie w sen.

To samo niebezpieczeństwo, tyle że z jeszcze większą siłą, czyha na młodych, jeśli chodzi nie tylko o jedzenie, lecz również o picie. Nie soku pomarańczowego, ani wody źródlanej, ma się rozumieć. Lecz tej wysokoprocentowej. Każdy kolejny kieliszek to jak krok do tyłu oddalający nas od małżeńskiego łoża. Po wypiciu zbyt dużej ilości, żaden z panów nie stanie. Na wysokości zadania, oczywiście.

Jak tu jednak jej nie pić? Być może nie gasi doskonale pragnienia, ale za to pozwala pozbyć się stresu, który – jak na złość – bardzo chętnie towarzyszy parze młodej w ich wyjątkowym dniu.

I tu jednak czyha kolejna pułapka. Z chwilą, gdy opróżniając butelkę wódki pozbędziemy się resztek stresu, jego miejsce zajmuje… zmęczenie. I to nie byle jakie. Wesele to skumulowany trud wielu miesięcy przygotowań i organizacji całej imprezy. Takie zmęczenie nawet największemu siłaczowi może odebrać ochotę na nocne igraszki. Do tego należy dodać ból stóp. Ten problem dotyczy akurat dam, które na swój wielki dzień niekoniecznie wybierają najwygodniejsze obuwie. Podobnie rzecz ma się z gorsetem, który też nie należy do najwygodniejszych. Tego akurat podczas nocy poślubnej można, a nawet należy szybko się pozbyć.

I właśnie ten krok – zastosowany w odpowiednim momencie, tj. zanim pan młody zaśnie na stojąco – stanowi jedyny skuteczny ratunek dla nocy poślubnej. Podobno.

Postanowiłam to sprawdzić na własnej skórze. Nauczona przykrym doświadczeniem znajomych mi par, postanowiłam nie dopuścić, by i moja noc poślubna była fiaskiem. Zadbałam o każdy szczegół. I w momencie, kiedy pozbyłam się wszystkich przeszkód, z bielizną włącznie, okazało się, że został jeszcze jeden mały drobiazg… a w zasadzie całe dziesiątki tych drobiazgów – wsuwek i perełek misternie wplecionych w moje włosy! Minęła dobra godzina, nim mój nowo upieczony mąż wyswobodził mnie z ich jarzma. I właśnie wtedy, o czwartej nad ranem, gdy już nic, naprawdę nic nie stało nam na przeszkodzie okazało się, że w pokoju nie jesteśmy sami!

Tak jakby. Ściany naszego hotelowego pokoju były na tyle cienkie, że wyraźnie słyszeliśmy wszystkich pozostałych gości, którzy spali tej nocy obok nas. To zaś oznaczało, że i oni będą słyszeć nas! I jak tu nazajutrz spojrzeć cioci i wujkowi w oczy?! Co jak co, ale wspomnienia z nocy poślubnej to już tylko i wyłącznie nasze własne wspomnienia… Jeśli w ogóle powstaną. Chyba miała rację ta osoba, która stwierdziła, że z nocą poślubną jest jak z yeti. Podobno istnieje… Podobno.

Mówi się trudno. I kładzie się spać. Oczywiście, jeśli są ku temu odpowiednie warunki. Do takich z pewnością nie należą odgłosy trzaskających sztućców i talerzy. I to już o siódmej rano! Nim dobrze zdążyłam zasnąć, panie z obsługi postanowiły przygotować dla wszystkich pyszne śniadanie. Już miałam zgotować im za to istne Hell’s Kitchen, kiedy nagle zrozumiałam, że dzięki nim będziemy wreszcie mogli zaspokoić swój głód. W końcu wszyscy goście zeszli na dół, my nabraliśmy sił. I jeszcze większego apetytu.

Noc poślubna na śniadanie? Okazuje się, że to najlepszy przepis! W końcu jedzenie na noc podobno jest nie korzystne.

Tekst publikowany w magazynie Modny Ślub -> http://modnyslub.com.pl/?post_type=artykuly&p=5365